„Dziewczynka” z łukiem

         

„Dziewczynka” z łukiem

          Kiedy jest się dzieckiem ma się dużo pomysłów i wiele marzeń. Gra na gitarze, sport, malarstwo, zostanie sławnym archeologiem, lekarzem, weterynarzem. Wiele z tych pragnień z czasem blednie i w końcu popada w zapomnienie. Inne tylko czekają na właściwy moment,  żeby wrócić ze zdwojoną siłą. Musiałam przenieść się 400 km aby jedno z nich mogło się spełnić.

       Łucznictwo pociągało mnie od zawsze. Jak każdy dzieciak zakochałam się w filmach o sławnych bohaterach, potrafiących współgrać z tą bądź co bądź trudną do okiełznania bronią. Nadal pamiętam, jak próbowałam z patyka i sznurka skonstruować coś, co choć trochę przypominało łuk. Wtedy jeszcze wiedziałam na ten temat tyle, że jest fajny (jak to dzieciak) i że w tamtych czasach nikt w mojej okolicy nawet nie widział prawdziwego, profesjonalnego sprzętu łuczniczego.

          Lata lecą, dzieciństwo minęło i trzeba było dorosnąć. Dorastanie jest najgorsze. Ludzie zatracają się w dorosłości. Starsi od ciebie mówią „Bądź poważna!” „Zachowujesz się jak dziecko!” „Zajmij się czymś naprawdę ważnym, a nie o pierdołach myślisz!”. Po co? Żeby stać się człowiekiem bez marzeń? Żeby szczęście liczyć w złotówkach? Nie chcę tak. Nikt nie powinien tak chcieć...

          Dorastanie rozpoczynające się studiami to najlepsza forma dorastania jaką można sobie wymarzyć. Prawie już samodzielna, ale jeszcze uczeń. Nauka nauką, stypendium jest, marzenia... są! Tylko co teraz?

          Miłość życia zapukała do drzwi mojego pokoju już pierwszego dnia w Olsztynie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że los na mojej liście już odhaczył punkt „Kochający facet”. Kilka miesięcy później byliśmy parą i marzenia realizowaliśmy wspólnie. Te małe i te trochę większe.

          Któregoś dnia w rozmowie padło słowo „strzelnica”. Marcin zawsze chciał spróbować swoich sił w starciu z bronią palną. Dzień Chłopaka się zbliżał, więc prezent jak znalazł. Nawet nie przypuszczałam, że dzięki temu ja też otrzymam możliwość realizacji marzenia z dzieciństwa.

          Lekcja na strzelnicy minęła szybko. Siedząc w poczekalni próbowałam poczytać, ale huk wystrzałów skutecznie mi to uniemożliwiał. Po mniej więcej godzinie moja druga połówka wypadła z hali z ognikami w oczach i trzęsącymi się z wrażenia rękami. Na pytanie instruktora dlaczego ja nie strzelam odpowiedziałam, że nie lubię hałasującej broni i wolałabym łuk niż pistolet. Wtedy właśnie dowiedziałam się o treningach prowadzonych przez Warmińską Grupę Łuczniczą. Wmurowało mnie... a jednak ktoś się w to bawi!

          Kilka dni później stałam już przed drzwiami sali na której odbywały się spotkania WGŁ. Raz kozie wio! Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Kilkanaście osób trenowało swoje umiejętności na różnych dystansach. Ku mojemu zdziwieniu oprócz dzieci i studentów było też kilka osób w wieku „zaawansowanie zaobrączkowanym”. Na moje nieśmiałe „dzień dobry” jeden z mężczyzn oderwał się od swoich zajęć i podszedł do mnie się przywitać. Tomek (bo okazało się, że to on jest trenerem) wprowadził mnie w tajniki obchodzenia się z łukiem. Pierwsze zdanie które do mnie powiedział będę pamiętać już zawsze: „Jeśli naoglądałaś się łuczników na filmach o Robin Hoodzie, to zapomnij o tym. To bzdura nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością”. Super... to jak z tego się strzela? Strzała, kawał drewna, sznurek i już! Przecież to takie łatwe. No właśnie guzik prawda.

          Kiedy po raz piąty oberwałam cięciwą w przedramię nie było mi do śmiechu. Uparłam się, że nie założę karwasza i szybciej nauczę się trzymać łokieć prawidłowo. Szybko doszłam do wniosku, że to był zły pomysł. Na ręce pojawił mi się krwiak wielkości jajka. Wielki, siny i bolesny. Leczyłam go ponad tydzień. Na drugich zajęciach od razu poprosiłam o karwasz.

          Zaraziłam się tym sportem. Z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnego czwartku lecząc urazy po poprzednim. Tygodnie leciały, a ja pracowicie ćwiczyłam postawę. Ciężar ciała na dwie nogi, bark opuść, przedramię popraw, cięciwa na brodę i nos, celuj prawym okiem... Łokieć niżej i sruuuuuu znowu dostałam cięciwą. Ustawiając bark zrobiłam przeprost i jak na złość oberwałam tam, gdzie nie było ochrony. Uch! Do tego obtarte opuszki palców piekły żywym ogniem. Tomek za każdym razem wciskał mi w rękę skórkę, ale ja nie umiałam  strzelać nie czując ślizgu cięciwy na palcach. Cierpiałam więc w ciszy, ku niezadowoleniu trenera owijając sobie plastrem najbardziej pokrzywdzony palec. Po kilku tygodniach okazało się, że jestem na tyle silna, żeby strzelać z „szerszenia” - jednego z cięższych dostępnych łuków. Srebrna bestia z długim i ciężkim stabilizatorem nie była łatwa do okiełznania dla początkującego. Dla dziewczyny w szczególności. Jednak ku uciesze trenera jakoś dawałam sobie z nim radę. Po jakimś czasie, gdy wzięłam do ręki słabszy sprzęt, Tomek zabrał mi go ze słowami: „Oddaj bo połamiesz”.

          W końcu w nagrodę po raz pierwszy mogłam iść na długi dystans. Wszystko niby ładnie pięknie a tu znowu zonk. Strzały latały jak chciały, a ustawianie celownika niewiele pomagało. Wychodziły wszystkie błędy w postawie i sposobie  wypuszczania cięciwy. Nerwy tylko pogarszały sprawę. Starsi koledzy ruszyli z pomocą. „Źle stoisz”, „Odchylasz się do tyłu”, „Nie trzymaj majdanu”. Robert złapał mnie za prawy łokieć –  „Ciągnij do dołu, bo masz za wysoko”. Próbował ustawić mi rękę pod odpowiednim kątem. Trzymając napiętą cięciwę dałam radę tylko wysapać „Zaraz mnie połamiesz”. Wypuściłam strzałę. Całkiem ładnie weszła w tarczę. Robert spojrzał na mnie wymownie. Nic nie musiał już mówić.

          Nawet nie wiem kiedy stałam się „swojakiem”. W takiej fajnej grupie ludzi o wspólnych zainteresowaniach nie można się nudzić. Treningi bywają ciężkie. Raz jest lepiej, a raz gorzej ale zawsze do przodu. Palce już nie bolą, postawa się polepszyła, celność też. Mimo to ćwiczę. Zawsze coś trzeba poprawić aby strzała trafiła w cel.

          W końcu doczekałam się też swojego łuku. W prezencie na zakończenie studiów dostałam własny sprzęt. Teraz kiedy napinam cięciwę mojego Cartela przypominam sobie małą dziewczynkę, która wiele lat temu miała marzenie. Marzenie, które w końcu się spełniło. Po prostu na jego realizację musiała trochę dłużej poczekać.

***

          Marcin chodził ze mną na treningi w charakterze widza. Niespecjalnie miał ochotę bawić się w łucznictwo. Nie chciałam go namawiać. Sama widziałam, że bardziej pociąga go broń palna. Jednak któregoś dnia spróbował. Ot, zwykła ciekawość. Spróbował raz, potem drugi, trzeci... i wsiąkł na amen. Bo to sport potwornie zaraźliwy. Właśnie czekamy na kuriera z drugim łukiem.

Kuna

Wednesday the 13th. Warmińska Grupa Łucznicza